-Boże… - wrzasnęła Carola.
-Co się stało? – zapytała Stee ,a kiedy dziewczyny podeszły do Caroli i zobaczyły El Diablo również były bliskie krzyku.
-Podajcie mi jakiś ręcznik, albo gazę. SZYBKO! – krzyczała Carola.
Sowa ,która trzymała miała dwa głębokie rozcięcia na brzuchu i złamane skrzydło.
-Carolina musisz ją zanieść do pielęgniarki ,albo do Hagrida.
-WIEM! – warknęła Carola. – Ale dajcie mi coś ,musze zatrzymać krwawienie!
Dziewczyny szybko podały jej bandaż ,a Carolina owinąwszy ptaka ,wybiegła wraz z nim z dormitorium. Dziewczyny ruszyły za nią. Gryfonka skierowała się prosto do skrzydła szpitalnego ,bo to miejsce było bliżej niż chatka profesora.
-PROSZĘ PANI POMOCY! – krzyczała Carola kiedy wpadła do szpitala.
-Co się stało? – zapytała przerażona pielęgniarka.
-Moja sowa… ona umiera! – krzyknęła Carola podając pielęgniarce ptaka. Ta bez słowa zaczęła opatrywać rany, i podawać sowie różne eliksiry. Po trzydziestu minutach powiedziała.
-Najgorsze za nami. Teraz można ją zanieść do profesora Hagri… - ale nie skończyła ,bo wielka postać wyrosła w drzwiach.
-Poppy masz jeszcze trochę tego eliksiru na rany od jeżoskrzeniny. Wpadłem na nią w lesie ,a nie chcę mieć znowu tygodniowej przerwy w nauce. – powiedział z uśmiechem.
-Ależ mam. – podała Hagridowi eliksir ,a on pociągnął zdrowy łyk.
-Dziękuję ,no to tyle.
-Panie profesorze ,niech pan zaczeka. – powiedziała Rika.
-O co chodzi?
-Sowa naszej przyjaciółki ,to znaczy sowa Caroliny została ranna i czy mógłby pan się nią zająć? – zapytała.
Hagrid popatrzył najpierw na Carolę ,a potem na sowę leżącą na jednym z łóżek.
-Cholibka ,nieźle oberwała. – powiedział podchodząc do ptaka i oglądając go. – To zapewne sprawa jakiegoś dużego stworzenia. – dodał. – Czy mogę ją zabrać? –zapytał pielęgniarkę.
-Ależ oczywiście. Teraz potrzebuje tylko dwóch tygodni i fachowej opieki. – powiedziała.
Profesor Hagrid wziął więc ptaka i poklepawszy Carolę po ramieniu ,wyszedł ze skrzydła.
-No dziewczyny zmykajcie ,jest już późno. – powiedział pielęgniarka ,a dziewczyny podtrzymując bladą Carolę ruszyły do dormitorium.
Na miejscu zaczęły rozmawiać o tym co mogło zaatakować sowę.
-Pewnie hipogryf. – powiedziała Stee.
-Nie ,hipogryfy nie mają w zwyczaju polować na sowy. – zauważyła Nath.
-To może smok. – powiedziała ożywiona Lizz.
-Przepraszam moja droga ,ale czy tu występują smoku?! – zapytała Just ,a Lizz jej nie odpowiedziała.
Dziewczyny postanowiły ,że następnego ranka odwiedza sowę i tak też zrobiły.
W końcu nadszedł tak długo oczekiwany przez Elisabeth dzień ,dzień wyjazdu.
Był to piękny piątek. Słońce mocno świeciło.
Dziewczyny pożegnały Lizz rano ,ponieważ musiały iść na lekcje.
-Szczęściara. My będziemy kłóć ,a ta w Paryżu ,na wakacjach. – powiedziała Rika z uśmiechem.
-Wiesz ona zawsze miała fart. – zauważyła Stee.
-No ,to pa Lizz. – powiedziała Carola przytulając mocno przyjaciółkę. Reszta zrobiła to samo.
-I pisz ,codziennie. – przypomniała jej Just ,kiedy piątka Gryfonek szła już w stronę lochów.
-Dobra ,dobra. – powiedziała Lizz.
-Do zobaczenia. – krzyknęła Nath i Lizz została sama w WS.
Czekała tam około pół godziny i w końcu zobaczyła dość wysoką i szczupłą czarownice ,o mocno poskręcanych ,blond lokach i niebieskich oczach. Miała na sobie szafirową szatę i idealnie prostą tiarę. Obok niej szła McGonagall. Była ona wyższa od przybyłej Francuzki ,a miała na sobie fioletową szatę ,a na jej głowie nie było tiary tylko ciasno spięty kok.
-Panno Moore to jest pani Genevieve Paspartu. – powiedziała McGonagall.
-Miło mnie. – powiedziała Francuzka ,z wyraźnym akcentem. – To cudowne ,że ty jechać do Paris.
-Mnie też jest miło. Bardzo się cieszę ,że doznałam tego zaszczytu.
Genevieve uśmiechnęła się.
-Ja być twoją … m'amène .
-Przewodniczką ,moja droga. – poprawiła Francuzkę ,dyrektorka.
-De sorte… Tak przewodniczka.
Lizz pomyślała ,że warto będzie pomęczyć się z rozszyfrowaniem tego co mówi do niej Genevieve ,bo przecież nagrodą tego jest wyjazd do Paryża.
-Jak się dostaniemy do Francji? – zapytała Lizz.
-Świstoklikiem. – powiedziała krótko McGonagall.
-Och ,ja zapomnieć… - powiedziała Genevieve ,wyciągając złoty długopis. – Za pięć minut lecieć.
-Ten długopis to świstoklik. – wytłumaczyła dyrektorka.
Minęło pięć minut ,podczas ,których Genevieve i Minerwa McGonagall rozmawiały ze sobą po francusku.
-Już godzina.
-Chyba „już czas”. – poprawiła ją McGonagall.
-Tak już czas.
Lizz chwyciła długopis i po chwili poczuła mocne szarpnięcie w okolicach pępka. Minęło kilka sekund i jej stopy dotknęły kamiennej posadzki. Wraz z Genevieve wylądowały w bogato zdobionym białym marmurem holu.
-Witaj w Paris. – powiedziała Genevieve.
Lizz gapiła się na wszystko z otwartymi szeroko oczami ,po chwili dostrzegła mały tłum ,przed ,którym stała. Przestała się rozglądać.
-Witamy w Paryżu. – powiedział Francuzki Minister Magii.
Lizz się uśmiechnęła.
-Mamy nadzieję ,że miło spędzisz tu czas. – dodała dyrektorka szkoły.
Lizz przytaknęła delikatnie głową ,a po chwili już ściskała dłoń dyrektorki i ministra. Ze wszą błyskały flesze. Po małej sesji i krótkim wywiadzie minister i redaktorzy wyjechali.
-Oni mnie zmusić do tego wszystkiego. – powiedziała z wyrzutem dyrektorka. – Mam nadzieja ,że to ci nie zepsuć wyjazd.
-Ależ skąd ,to mi nie przeszkadza. – powiedziała szczerze Lizz.
Dyrektorka się uśmiechnęła.
-Pewnie czuć się tu obco ,ale ja mieć nadzieja ,że to się zmienić. – powiedziała pani Maxime.
-Tu jest cudnie… - zaczęła Lizz ,ale dyrektorka jej przerwała.
-Ty być tu dwa tygodnie i w ten czas musieć zwiedzić kilka magicznych miejsce ,ale głównie ty być tutaj i poznawać ta szkoła.
-Dobrze ,a… - dyrektorka znowu przerwała.
-Genevieve zaprowadzić cię za chwila do twój pokój. Ty mieszkać sama ,ale blisko inni uczniowie. Ja mieć nadzieje ,że ty z nimi nie mieć konflikt. – powiedziała z wyraźnym jak uprzednio akcentem.
-Ależ skąd, ja nikogo tu nie zna…
-O idzie Genevieve ona ci powiedzieć wszystko co ważne ,a ty mieć się dobrze bawić i poznawać nowi koledzy. – zakończyła rozmowę dyrektorka. – Miłego pobytu.
Lizz chcąc nie chcąc poszła za Genevieve po marmurowych schodach na drugie pięto.
-To być twój pokój przez te dwa tygodni. – oznajmiła Genevieve przed drzwiami. – To być klucz ,ty go dobrze pilnować ,a tam … - wskazała ręką w lewo. - … trzecie drzwi od twoich mieszkać ja. Ty mieć problem przyjść do mnie. Tutaj… - pokazała cały długi korytarz.- … mieszkać uczniowie ,a ty się z nimi zaprzyjaźniać. – powiedziała z uśmiechem. – Rozumi?
-Tak. – powiedziała Lizz z uśmiechem.
-Śniadanie o siódmej, drugie śniadanie o dziesiątej , obiad o drugiej, podwieczorek o piątej ,a kolacja o siódmej wieczorem. Rozumi?
-Tak.
-No to miłego dnia. – powiedziała podając dziewczynie kawałek pergaminu. – A to być mapa, tu być pokazana cała szkoła. Ty móc chodzić wszędzie.
-Dziękuję. – powiedziała Lizz.
-Nie mieć za co dziękuję.
Lizz ledwo powstrzymała śmiech.
-No to do zobaczenia.
-Do zobaczenia. – powiedziała Lizz i weszła do pokoju.
Był on duży, prostokątny z wielkim balkonem ,z którego był widok na wielki ogród i staw. W pokoju po prawej stronie stało łóżko z kolumnami , po lewej zaś szafa, biurko i drzwi do łazienki. Obok wejścia na balkon ,wisiał wielki zegar wskazujący godzinę jedenastą dwadzieścia. Lizz rzuciła się szczęśliwa na łóżko.
Po chwili przypomniała sobie o obietnicy i podeszła do biurka. Z szuflady wyciągnęła białe pióro, pergamin i perłowy ,czarny atrament. Zaczęła pisać.:
„Kochane.
Tu jest po prostu cudowne. Wszystko takie z gustem ,marmury, obrazy no brak słów. Szkoda ,że was to nie ma na pewno by wam się spodobało!
Wszyscy tu mówią tak dziwacznie. Ledwo powstrzymuję się od śmiechu kiedy słyszę „Rozumi?” ,”ty być”, „ty móc chodzić” i tak dalej.
Podróż była udana ,przybyłam tu wraz z Genevieve świstoklikiem , teraz siedzę w pokoju (jest piękny) i pisze do was. Jeszcze nie widziałam całego zamku ,ba widziałam tylko hol, mój pokój i trochę ogrodu za oknem ,ale napisze do was jeszcze po rozeznaniu terenu.
Wasza Lizz.
PS. Co u was? Jak tam El Diablo?”
Szczęśliwa popatrzyła na swój list i włożyła go do białej koperty ,wypisując na niej:
„Caroline, Marika, Natalii ,Stephanie i Justina
Dormitorium
Hogwart”.
Otworzyła mapę ,którą dostała od Genevieve.
Według niej sowiarnia była na czwartym piętrze w ostatniej (największej) komnacie z lewej.
Dziewczyna ruszyła więc schodami w górę.
Po drodze mijali ja uczniowie szepcząc coś do siebie.
Jedna uczennica ,chyba z drugiej klasy podeszła do niej.
-Cześć. – powiedziała Lizz zapominając ,że większość ,a może i wszyscy jej nie rozumieją.
Dziewczynka zachichotała i pobiegła do koleżanki mówiąc:
-Il est certainement curieux Anglaise pourquoi ils lui ont envoyé ici, comme vous ne connaissez pas la langue.
Dziewczynki zaczęły się śmiać i pobiegły w stronę schodów.
-Śmiejcie ,się śmiejcie wy francuskie, niewychowane les enfants. – powiedziała i zarzucając swoje długie włosy do tyłu.
Usłyszała za sobą głos.
-Comment êtes-vous se comporter telle est notre gars et que vous avez à le respecter, le directeur connaître. – krzyknął męski głos.
Dziewczynki ,które przed chwilą śmiały się w najlepsze ,zatrzymały się na schodach.
-Vous avez des excuses. – powiedział.
Dziewczyny wróciły się ,stanęły przed Lizz i powiedziały równocześnie.
-Vous désolé.
-Przepraszają cie. – powiedział chłopak.
Lizz popatrzyła na niego. Powiedział to wyraźnie i nie przekręcając ani jednego słowa.
-Wybaczasz im? – zapytał po chwili.
-Co ,a tak.
-Vous pardonne. Vous pouvez laisser. – powiedział chłopak i dziewczynki ruszyły w stronę schodów.
-Przepraszam cię za nie. – powiedział chłopak.
Był to wysoki ,brązowowłosy i niebieskooki chłopak. Był w wieku Gryfonki i jak zauważyła Lizz miał piękny uśmiech.
-Nie ma za co. – powiedziała Lizz ,lekko się rumieniąc.
-Gdzie idziesz? – zapytał chłopak.
-Do sowiarni. – powiedziała dziewczyna. – Gdzie się nauczyłeś angielskiego? – zapytała.
-Moja matka jest Angielką ,a ojciec Francuzem ,więc umiem oba języki. – powiedział chłopak. – Jak chcesz to mogę iść z tobą do sowiarni.
-Chętnie ,trochę się gubię w tej szkole. – powiedziała Lizz.
-Rozmawiamy ,a nawet się nie przedstawiłem. Jestem Corentin Le Brun.
-A ja Elisabeth Moore.
-Miło mi.
-Mi również.
I razem ruszyli do sowiarni.
________________________________________________________________________
Wybaczcie jeżeli źle jest napisane po francusku ,ale tłumaczyłam to na tłumaczu google.
Jak dla mnie rozdział cudowny !
OdpowiedzUsuńFrancja, Frnacja, Paryż.... ; *
Ah, dziękuję < 3
Corinten... Corentin... Kto go tam wie xdd - będzie o nim coś więcej ? ; dd
No, ale post cudowny ; ))
Ahh, Paryż... moje najukochańsze wymarzone miasto... ; **
Chociaż w blogu je zwiedzę ....
Ale sama zbieram na Paryż... < 333
Ściskam < z Frnajci xdd ! ; * >, najmocniej jak tylko umiem, Lizzie < 33
; dd
Notka ekstra!!! <33 Mmm... Lizzi już w Paryżu... ;** Tylko nic nie zbrój, Lizz! xdd ;D
OdpowiedzUsuńBiedny El Diablo... ;c ;(( Niech on już wyzdrowieje... ;))
Heh, śmiałam się przy tych rozmowach Lizki i Genevieve ;pp 'Już godzina' 'chyba już 'czas'...' hahahah xdd the best to jest! <33
Kocham was! Powiem po francusku xdd Je t'aime! <33
Świetne! ;D haha xD Ale oni śmiesznie gadają . ^^ Nie mogłam "Rozumi" hahah ;d
OdpowiedzUsuńA ciekawe co się stało El Diablo... Hmm. Hmm. Hmm. Tajemnicza zagadka . ;]Ale przy Hagridzie wyzdrowieje raz-dwa!;))
Pozdrawiam ;*